VI Zlot Pojazdów Militarnych – Pasym 2011

  Będąc z wyboru, zaprawionego przymusem, mieszkańcem Szczytna (i Lublina zarazem) – szykowałem się od kilku tygodni na jedyną większą (przynajmniej w zamierzeniach)imprezę militarnąw tej części Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Od kilku tygodni dopieszczanie Gazika (bez urazy Czarku – wiesz sam, że zawsze jest coś do poprawienia) , przegląd broni, mundurów.... Kurcze ... tyle fajnych fantów a człowiek jeden. Chyba się sklonuję! Wreszcie – wszystko dopięte na ostatni guzik, broń wyczyszczona, buty też. Torba ze sprzętem spakowana. No to jeszcze krótka trasa Gazem – tak dla sprawdzenia. Ot – do firmy... wszystkiego 2 km. Już był w kurniku (czytaj na parkingu), już witał się z gąską (prezesem?) – aż tu nagle spod maski DU DU DU!!!!. Poduszka pod silnikiem siadła, silnik ciężki – to i obciął śruby mocujące rurę do kolektora. Nic to – koledzy z działu technicznego pomogą! Pomogli, a jakże! Radośnie ruszyłem w drogę powrotną (2 km). I już wjeżdżałem do garażu – DU DUDU! Znowu to samo. Desperacja! Jutro od rana mam być w Pasymiu (swoją drogą przepiękne miasteczko – polecam!). Poratował w biedzie jak zwykle kolega Paweł – geniusz starych motocykli. W sumie dla Pawła taki Gazik to jak dwie „emki" z koszem – do spółki z sąsiadem popracowali wieczorem i samochód na rano był gotów. Szybkie pytanie – „Paweł – jedziesz?" JADĘ!. No to siup obaj w deszczyki, potem obaj w deszczykach siup w Gazika – i hajda do Pasymia. Nie powiem – miejsce na zlot przecudnej zaiste urody. Będąc urodzonym estetą wybrałem miejsce pod namiot pomiędzy dwiema młodymi zgrabnymi sosenkami i okwieconą jabłonką. Kto powiedział, że romantyzm jest be? No fajnie – jesteśmy na zlocie – tylko zlotu praktycznie nie ma. Wszystkiego ze dwadzieścia sprzętów. Organizacja tym razem trochę zawiodła. Organizator w osobie Brata Stanisława samotnie trwał na posterunku próbując to wszystko ogarnąć. I chwała mu za to i podziękowania. Złe fatum nad tą imprezą ciążyło. Brak reklamy, brak środków, brak pomocy miasta. I tzw. aura. Delikatnie rzecz ujmując – było rześko. Nawet bardzo rześko. Ale – liczy się atmosfera i towarzystwo. Pomimo skromnych rozmiarów imprezy – trzeba przyznać – Dodge, Willysy, Gaziki i motocykle prezentowały się przednio. Ludzie – jak zwykle jak jedna (szkoda, że nie mogę napisać „wielka") zielona rodzina. I całe to towarzystwo ruszyło na przełaj do Mrągowa – ot tak w odwiedziny do kolegów ze Stowarzyszenia „Szwadron" organizujących przepyszny piknik militarny tamże. W Gaziku miałem coś tak z pół plutonu KBW pod wodza Majora Władka. Mając w ten sposób zabezpieczone tyły uznałem, że żadne wrogie elementy ani reakcyjna partyzantka nie jest nam straszna! Ni kurz (co wy .... wiecie o kurzu!), ni deszcz, ni grad (takie białe zimne kulki – nie wyrzutnia rakiet!). Trasa jak na paradę nieco oryginalna – 60 km w jedna stronę. Defiladę tą odbierały bociany i polskie poczciwe krasule tłumnie przypatrujące się tym dziwacznym pojazdom zmierzającym gdzieś przez pola...... . Były jednak pozytywy – Gazik kocha bezdroża a nienawidzi szosy! Kierowca Gazika w osobie Pawła – chyba też pokochał bezdroża.... Jechał, jechał i jechał – i coraz bardziej zadowoloną miał minę. Jego pierwszy zlot militarny... . No cóż. Żona Pawła toleruje stare motocykle (dużo motocykli ) – to może i jakoś wytrzyma mundury.... . Moja wytrzymuje....

Reasumując – trzymam kciuki za zlot w przyszłym roku! Żeby był piękny, potężny i pełen gości. I aura niech dopisuje. Szkoda by było takiej imprezy. Wszystko dzieje się zawsze w zachodniej części Polski – a przecież te tereny są tak przepiękne! Lasy, jeziora, pagórki, bunkry, zamki krzyżackie. I komary! Najlepsze w Polsce .